Strona 1 z 1

Udar - historia

: 23 paź 2007, 11:55
autor: Maja
Dość długo zastanawiałam się czy o tym napisać... ale pomyślałam ze chyba warto. Warto dla osób, które tak jak ja do niedawna myślały, że nie myśląc o chorobie negują jej istnienie. Ze mną tak było i kiepsko na tym wyszłam.
W zeszłym roku po podleczeniu swojego stanu cu na wiosnę, jak zwykle w lato zaczęło się psuć, a na jesieni była masakra. A... jeszcze 31 sierpnia przebito mi niechcący macicę podczas rutynowego zabiegu wyłyżeczkowania - plamiłam od dwóch miesięcy, a zwykłego okresu nie miałam od kilku lat. Więc mnie wysłano do szpitala na "rutynowy" zabieg. :evil: Wypuszczono mnie z ginekologii z receptą na leki antykoncepcyjne i ważne: receptą na lek (nie pamiętam nazwy) który obkurczy naczynia czy coś... i pomoże zagoić się macicy, ale miałam przerwać jego przyjmowanie jak tylko źle bym się poczuła. Niestety tak właśnie było - zrobiło mi się słabo, niedobrze i "zawrotowo" po pierwszej dawce - natychmiast odstawiłam.
Stałego lekarza gastroenterologa wtedy już od roku nie miałam.
A później było tylko gorzej... Sami wiecie jak to jest; ja wyrobiłam sobie pewną strategię - orbitowałam wokół toalety, rano nic nie jadłam tylko po nocy biegałam kilkakrotnie na "zrzuty" :) do toalety, a żeby móc wyjść z małym dzieckiem na dwór (żeby mnie nie pogoniło) byłam na czczo do powrotu. Coraz gorzej mi to wychodziło i zanim doszłam do placu zabaw musiałam wracać albo urywać się z niego po pół godzinie. Mój synek tego nie rozumiał, zwłaszcza, że ma kłopoty rozwojowe i przy tym w ogóle kłopoty z rozumieniem co się do niego mówi :( Ale mimo iż było już fatalnie i parę razy ledwo zdążyłam chojrakowałam dalej :(
Od września zainteresowała się mną pani doktor gastroenterolog i podjęła się mnie leczyć. Pomyślałam, ufff...
Zaczęły się sterydy, a przy okazji był ciągle Logest - tabl. antykoncepcyjne, Amertil - lek na alergię, kwas foliowy i chyba to tyle.
Nic to, poprawy nie było, zwiększyłam dawkę sterydu i miało być dobrze.
Chojraczka wymyśliłam sobie, że pojadę na dużą rodzinną imprezę z Warszawy na Mazury autokarem, tam poszaleję i wrócę na sigmoidoskopię na którą zapraszała mnie pani doktor.
Impreza się odbyła, ja żłopałam wszystkie dostępne napoje jak głupia, od dwóch dni byłam na podwyższonej znowu dawce metypredu i piłam jak smok. Na imprezie wypiłam do tego ze 3 lampki wytrawnego wina i próbowałam wypalić papierosa, ale coś mi nie szło i bardzo zakręciło mi się w głowie... ale nic to.
Wróciłam do domu już autem bo kiepsko się czułam.
Stojąc na korytarzu swojego domu poczułam się jakbym była w obcym mieszkaniu i szukałam miejsca na puste torebki (rozpakowywałam się) z myślą "gdzie ci ludzie trzymają w tym domu torebki" - dodam dla przypomnienia, że byłam przecież u siebie. Ktoś jakby odciął mi na kilka minut myślenie :( to była delikatna zapowiedź tego co się stanie...
To było w niedzielę.
W poniedziałek już było u mnie pogotowie.
Zaczęło się niewinnie, lataniem do toalety, dolegliwościami cu, wucet i plac zabaw z dzieckiem , potem powrót do domu, wstawienie obiadu na kuchence, przygotowanie łóżka do spania dla małego (drzemka popołudniowa) i zonk! Wychodząc z pokoiku dzieci chciałam wejść w ścianę po prawej stronie (hehe przypomina mi się film z dzieciństwa o facecie który przechodził prze ściany - pozazdrościłam mu :) ), kręciło mi się w głowie, troszkę mnie zaczęła boleć, ale nie bardzo i nie panowałam nad swoim ciałem - upadło, a potem wlokło się po podłodze i znosiło je w prawo.
Dramat...na kuchence włączone gary!
Nie mogę mówić... a jednak mogę, tylko bardzo po cichutku. leciały mi łzy, zaczęłam płakać, a bączek ( na szczęście) przyszedł do mnie i położył się nie wiedzieć czemu na mnie i też zaczął szlochać. Pewnie wyczuł, że coś jest nie tak - ważne, że nie poszedł do kuchni, tam garnki... Udało mi się szeptem zadzwonić po karetkę.... po godzinie przyjechali... W tym czasie z drugiego końca Warszawy dotarł już mój mąż (był przed nimi), a ja doszłam trochę do siebie, na tyle, że udało mi się dotrzeć do kuchni i wyłączyć te cholerne palniki. Powoli zaczęło być mi lepiej. Pogotowie stwierdziło, że to pewnie zasłabnięcie od złego stanu cu i odezwały się przy tym moje przewlekle chore zatoki. Gdyby nie to, że zaczęło mi się przy nich robić "ciasno" w szyi i gdyby nie to, że ciężko mi było mówić - szeptałam, to by sobie poszli, ale na "w razie co" zostawili skierowanie do szpitala.
Ale nic to. Ja znowu chojraczka! :( Mówię tak: jutro mam być u mojej doktorki w szpitalu na sigmo to jej opowiem co się stało i poczekam.
Tak też było, przeleżałam do wtorku w domu, a we wtorek miałam próbę zrobienia sigmoidoskopii, ale jak pani doktor zajrzała to zobaczyła już z brzegu, że taki tatar jak mam z tyłka za przeproszeniem to uznała, że szok i jatka i trzeba zostać na oddziale, pokazałam jej skierowanie od pogotowia i opowiedziałam co się działo poprzedniego dnia i natychmiast mnie położyła na oddział.
Tam zakazała jeść i pić i nastała noc... 18 października obudził mnie o 4.20 rano potworny ból głowy po prawej stronie zbadali - skoczyło ciśnienie- lek na nadciśnienie i obserwacja.
Po godzinie myślałam, że właśnie zaczynam umierać, trzaski i ból jakiego wcześniej nigdy nie miałam po prawej stronie głowy, samo jakoś mi się jęczało i wcisnęło alarm. I się zaczęło, pielęgniarki, salowe i lekarz z latareczką krzyczący żebym na niego spojrzała, a ja nie mogłam, skręcało mi głowę w lewo. Potem karetka i przewóz do innego szpitala na neurologię i tam oddział "R".
Przeżyłam, było straszno. Długo nie wiedziano co mi jest bo natychmiast zrobiona tomografia nic nie wykazała dopiero po tygodniu czy dwóch rezonans pokazał niedokrwienny prawostronny udar móżdżku i nie powiedziano mi skąd to i dlaczego.
Przy okazji wykryto anemię, ciężką niedoczynność tarczycy, a stosowany przy trwających tydzień bólach głowy ketonal i inne włączone na neurologii leki rozwaliły do reszty jelitko. Od razu też, na "R-ce" kazano mi odstawić Logest i cieszono się, że parę dni wcześniej skończyłam branie leku na alergię.
Piszę gdyż sama szukam odpowiedzi na to co mi się stało, ale wiem, że też że to moje ignorowanie choroby i niepotrzebne bohaterstwo doprowadziło mnie do takiego stanu. Nie bez znaczenia na pewno była też kombinacja leków jaką sobie zafundowałam i mylna interpretacja moich objawów np. bóle myślałam że zatok. Mam nadzieję ze zastanowią się nad sobą wszyscy, którzy tak jak ja lekko dotąd podchodzili do tematu cu, ale też nie chcę straszyć innych. Wierzcie mi cu to jest pikuś przy innych tragediach, ale na tyle podstępna to franca że potrafi zaatakować i zdemolować inne "części" naszego organizmu. Nie spuszczajcie tej choroby z oka... bo jak widać powala nawet silne i duże baby jak ja, a chojractwo nie popłaca bo łatwo myli się z głupotą.

Re: Udar - historia

: 23 paź 2007, 12:23
autor: Aniijjaa
Tak sobie poczytałam Twoja opowieść i z pewnością troszkę sobie pofolgowałaś w dbaniu
o swoje zdrowie. Chyba każdy z nas miał takie momenty gdzie świadomie bądź nie przeżywał różne etapy tej choroby i chciał być silniejszy od tego paskudztwa. Ale po czasie przychodzi zaostrzenie i wtedy przegrywamy z lekkością i zaczynamy dbać o siebie.
Myśle, że przyczyny udaru nie powinnaś doszukiwać w swoich zaniedbaniach. Tak do końca nie poznasz prawdy co by było gdyby...
Przyczyn tego mogłobyć wiele a nawet tam gdzie jest kontrol i natychmiastowa pomoc nie są w stanie zapanować nad udarem niedokrwiennym. Przyczyną o której mniej się mówi są tabletki antykoncepcyjne które też mogły być przyczyną udaru w tak młodym wieku.
Z pewnością tam gdzie jest choroba należy dbac o siebie, tam gdzie są leki nawet tak wydawałoby się niewinne tabletki antykoncepcyjne, które wypisywał Ci lekarz powinno się robić okresowo badania a znająć życie niewiele kobiet takowe badania przechodzi.

Dlatego wyrzuty sumienia, obwinianie już niczego nie zmienią. Chroba, zwłaszcza cu jest bardzo podstępne i mimo tego co już masz za sobą należy pilnować się i dbać o siebie o czym sama się przekonałaś. Twoja historia napewno otworzy nie jednemu z nas oczy.
Mam nadzieję, że czujesz się lepiej a skutki udaru są do pokonania.
Pozdrawiam.

Re: Udar - historia

: 23 paź 2007, 14:56
autor: -Ania-
przeczytałam wszystko dokładnie co i jak
i pierwsze co się nasuwa, to myśle, że w tym wszystkim miałaś dużo szczęścia,
że Tobie i Dziecku nic się nie stało.

dziękuję Ci za tą relacje
pozostaje mi życzyć Tobie i nam samym rozsądnej dbałości o stan naszego zdrowia
i nie zaniedbywanie objawów, szczególnie tych pozajelitowych

ania

Re: Udar - historia

: 23 paź 2007, 18:56
autor: Maja
Dziękuję że przebrnęłyście przez ten długaśny tekst. I tak się streszczałam jak mogłam :)

Aniijjja - ja nie obwiniam się za bardzo tym co się stało, myślę że dużą negatywną rolę odegrali też lekarze z którymi się w ostatnim czasie zetknęłam- nie wszyscy oczywiście. Ale tak, to ja powinnam być może bardziej czujna.
Miałam też to szczęście, że najgorszy etap tego udaru stał się w szpitalu. Być może to iż byłam na oddziale uratowało mi życie - szybka reakcja lekarza dyżurnego i jego decyzja o przewiezieniu na erkę w innym szpitalu. Jak i sama decyzja, na początku ,mojej gastrolożki o natychmiastowym przyjęciu mnie na oddział. To takie szczęście w nieszczęściu :)

-Ania- no i to jest sedno sprawy - żyjemy!!! hip hip hura! młody nie zalał się wrzątkiem, wrzątek nie zalał zapalonego gazu i nie spowodował bum! i jeszcze mnóstwo innych strasznych historii które mogły się wydarzyć, a jednak się nie stały.

Czasami myślę, że mam w życiu ogromnego pecha i doświadcza mnie różnymi (nie tylko udar) bardzo złymi rzeczami, ale z drugiej strony to ogromne szczęście jakie mi towarzyszy gdzieś w oddali i na czas przychodzi pozwala mi podźwigać się ja Feniks z popiołów hehe jumbo feniks :) Tylko kto wygra? Pech czy szczęście? I na ile tego szczęścia wystarczy bo ja już mam coraz mniej siły i zdrowia do walki z przeciwnościami losu i coraz więcej mi go chyba potrzeba.

Pechowiec/Szczęściara?

Re: Udar - historia

: 23 paź 2007, 19:30
autor: Aniijjaa
Roli lekarzy z jakimi się zetknęłaś nie chciałam poruszać :roll: zbyt dużo złych opinii już wydałam na forum w Ich stronę ale i nie tylko tutaj. Sama doskonale rozumiesz w jaki sposób wszystko się potoczyło i tak jak nazwałaś "szczęście w nieszczęściu", oczywiście z przewagą na szczęście :roll:
Siły musi Ci wystarczyć do walki z tymi przeciwnościami losu tak jak nam Wszystkim tutaj.
Taki los ale i jakie szczęście :roll: